Trening "bez lipy"

Trening "bez lipy" - Musisz być głodny sukcesu - Robert Burneika, Hardkorowy Koksu dla RazDwaSport.

Joanna Kurda-Słodkowska, , Mistrzowie sportu

"Trzeba poukładać sobie wszystko dobrze w głowie. Później praca, praca i osiągniesz, co chcesz w życiu. Wtedy nie ma już ograniczeń, możesz mieć wszystko" - mówi Robert Burneika.

- Ostatnio zająłeś się MMA. To pomysł na urozmaicenie życia sportowego czy jednak planujesz zająć się tym sportem zawodowo?

- Niee… Nie jestem zawodnikiem MMA. Dostałem ofertę i postanowiłem zmierzyć się z tym wyzwaniem, ale nie planuję zmieniać dyscypliny. Nie przerzucam się na ten sport. Ja lubię kulturystykę, to moja dyscyplina. MMA to przygoda. Chcę też udowodnić, że w życiu nie ma ograniczeń. Niektórzy twierdzą, że jeżeli jesteś kulturystą, to nie możesz być zawodnikiem. A gdzie to jest napisane? Chcę pokazać, że w życiu można wszystko. Nie należy budować sobie sufitu nad głową. W Stanach wysocy rangą zawodnicy UFC/MMA też trenują na siłowni. Może nie są zbudowani tak jak ja, bo ja to robię zawodowo, ale wszyscy są wysportowani.

- Stresuje Cię ta ogromna ilość ludzi, podczas zawodów?

- To tylko pozytywna presja, czym więcej dobrych ludzi, tym więcej energii dla mnie. W MMA atmosfera jest mocno nagrzana. Ludzie chcą zobaczyć dobre walki i dobrze się bawić. Tutaj zawodnicy mają fanów, którzy żywiołowo na wszystko reagują i to pomaga. Kulturystyka jest inna, spokojniejsza.

- A planujesz jakieś zawody kulturystyczne?

- Zawsze trzymam formę, ale nic konkretnie nie planuję. Problem jest taki, że to wymaga kilku miesięcy pracy. Odłożenia wszystkich wyjazdów i skupienia się tylko na przygotowaniach do zawodów. Jak podróżujesz trudno jest trzymać dietę. Nie zawsze możesz jedzenie zabrać ze sobą, a posiłki muszą być policzone. Przygotować się trzeba na 100%. Do tego jeszcze trening.

 

- Startujesz jako zawodnik amerykański?

- Tak, mam obywatelstwo amerykańskie. Dwa lata temu byłem na zawodach w Dubaju, zająłem szóste miejsce na świecie, to dobrze. Jestem zadowolony.

- Do Stanów Zjednoczonych wyjechałeś jako młody chłopak.

- Miałem 20 lat. Moim idolem był Schwarzenegger. Wielu chłopaków chciało wyglądać jak on. Ja również. Lubiłem kulturystykę i byłem zawsze silniejszy od rówieśników. Miałem 13 lat kiedy zacząłem trenować. Siłownię zrobiłem sobie sam, w domu na strychu. Ja mam złote ręce (śmiech), po ojcu. Podpatrywałem, coś wymyślałem, później to robiłem.

- Ktoś wprowadził Cię w świat kulturystyki w Stanach?

- Miałem tam jednego kumpla, ale nie w kulturystyce. Nie znałem języka, więc wszystko było trudne na początku. Pracowałem u Polaka, u niego uczyłem się też polskiego. Zacząłem chodzić do tamtych siłowni i w 2001 roku wziąłem pierwszy raz udział w zawodach kulturystycznych. Niestety poszło mi wtedy dość słabo. Dwa lata startowałem w zawodach Strongmanów. Później znowu wróciłem do kulturystyki. I było już całkiem dobrze. Od 2008 roku, kiedy miałem obywatelstwo amerykańskie, startowałem w zawodach w całych Stanach. Cała moja kariera sportowa to Ameryka.

- Taką formę jak Twoja osiąga się latami. Masz fanów w różnym wieku, co byś im powiedział na ten temat.

-  No tak, ja zajmuję się tym sportem już 25 lat. Pierwsze efekty mogą przyjść po pięciu latach treningów. Po dziesięciu latach możesz osiągnąć już taki wygląd, który jest satysfakcjonujący. Nic nie przychodzi od razu. Nie jest tak, że pójdziesz kilka razy na siłownię i już będziesz jak Schwarzenegger. To wymaga dużej pracy i dyscypliny. Musi być dieta, brak alkoholu. Inaczej nie ma sensu. Rezultatów nie będzie.

- A jak Ty zaczynałeś, to efekty przychodziły? Nie miałeś przecież na początku trenera. Robiłeś wszystko sam.

- Największym problemem było dla mnie utrzymanie diety. Jadłem śniadanie, potem była szkoła, kolejny posiłek - dopiero po powrocie do domu. Trenując trzeba odżywiać się regularnie, co trzy godziny. To nie wychodziło. Teraz mam sześć posiłków. Poza tym jedzenie zawsze musi być czyste i wartościowe. Nie można jeść, co wpadnie w ręce. Wykluczone są fast foody.   

- Kebabów też nie wolno? Twoi młodzi fani załamią się…

- No wiesz dobry kurczak, cienka bułka - to nie ma problemu. Niedobre są przyprawy, wiesz za dużo soli, sosy, dodatki. Dieta nie musi być na co dzień bardzo restrykcyjna. Rygor trzeba narzucić sobie na kilka tygodni przed zawodami. Na co dzień  potrzebne jest urozmaicenie. Trzeba jeść i ryby np. łososia i białą rybę, mięso: stejki, wołowinę, kurczaka, ryż, kasze, dobre tłuszcze, wszystko czego organizm potrzebuje, z różnych źródeł. Teraz każdy wymyśla nową dietę, a najważniejsze jest, aby była dobrze zbilansowana.

- A suplementy?

- Też są potrzebne. W Polsce wiedza na temat suplementów jest nieduża, traktowane są jak sterydy. Wszyscy się ich boją jak ognia. W Stanach odżywki to norma, kupują je nawet ludzie starsi. Nie ma w nich nic złego, same dobre rzeczy. To witaminy, aminokwasy, białko, minerały. Trzeba je brać w określony sposób, przez określony czas, wtedy pomagają. Nie wszystko jesteśmy w stanie dostarczyć sobie z pożywienia.

- Treningi też muszą być regularne. Zawsze Ci się chce, jak się motywujesz?

- Każdy ma lepsze i gorsze dni, to ludzka rzecz. Wszystko zaczyna się w naszej głowie. Jak tutaj jest poukładane, wszystko pójdzie dobrze. Musisz być cały czas głodny. Wybierać znajomych, którzy Cię motywują. Jest takie powiedzenie: obejrzyj sobie trzech swoich kolegów, to zobaczysz siebie. Ja z nikim nigdy nie pracowałem, mam silną psychikę. Większość ludzi nie potrafi utrzymać rygoru, dlatego nie wszyscy mają sukces. Dla mnie trening to część mojej pracy. Robię go sześć dni w tygodniu. Każdego dnia inne grupy mięśniowe: klatka, biceps, nogi. 

- Jak według Ciebie powinien wyglądać facet? Przychodzi na siłownię taki chuderlak, to od czego powinien zacząć?

- Najpierw musi zacząć oczywiście porządnie jeść, no i trening. W mojej siłowni jest trener, który pokazuje, co robić, nikt nie może się tu czuć źle, zagubiony. Dbamy o dobrą atmosferę.  Po kilku treningach już wiadomo, co robić. Dziewczyny też przychodzą coraz częściej. Kiedyś w Polsce nie trenowały na siłowni, przychodziły ewentualnie na cardio, trochę pobiegać. A cardio to nie jest siłownia (śmiech). U mnie każdy znajdzie coś dla siebie.

- Maszyny zamawiałeś i sprowadzałeś ze Stanów, są jakieś wyjątkowe, poza czerwonym kolorem?

- Mam tu wszystko, co może być najlepsze na siłowni, najwyższy standard. Chciałem, żeby były tu maszyny, które zadowolą najbardziej wymagających klientów, z którymi można osiągać najbardziej wyśrubowane cele. Mam tutaj strefę wolnych ciężarów z hantelkami do 100 kg, nigdzie takich nie znajdziesz. Mam pokój, z maszynami tylko na nogi. Maszyny na klatkę i plecy, na barki i brzuch, do ćwiczeń aerobowych. Strefa cardio jest na górze. Mamy naprawdę wszystko. Jestem z tego zadowolony. Rozpiętość ciężarów jest ogromna, dla wszystkich.

- Prowadzenie biznesu zajmuje ci sporo czasu, jesteś bardzo zajętym człowiekiem?

-  Ta siłownia to już inwestycja długofalowa, na następne dwadzieścia lat. Wreszcie kupiłem budynek, w którym się znajduje i jestem niezależny. Z czasem może pomyślę o sieci siłowni w innych miastach. Pracuję bardzo dużo. To są treningi, maile, spotkania, podróże, linia produkcyjna odżywek, którą mam w Stanach. Trzeba o to wszystko zadbać. Do niektórych rzeczy zatrudniam ludzi, ale muszę pilnować, co się dzieje. Poza tym ja lubię samodzielnie wszystko robić. Cały designe, kolory, logo to moje dzieło (śmiech). 

- Dlaczego akurat wybrałeś Polskę? Wcześniej tutaj przecież nie byłeś.

- To był przypadek. Poznałem w Stanach jednego Polaka, który sprowadzał tutaj suplementy dla kulturystów. Zrobiliśmy razem parę filmików po polsku, potem wrzuciliśmy je na portal. W ciągu miesiąca mieliśmy 3 miliony oglądających. Ktoś napisał „zobaczcie Hardkorowego Koksu”. Z tego wyszła ta ksywka (śmiech). To jakiś fan, może chciał się pośmiać (śmiech). Przysłużył się, bo zacząłem być rozpoznawalny i wszystko szybko się potoczyło. Zaproszenia do Polski, pokazy dla fanów, później telewizja - zgłosił się Szymon Majewski, Kuba Wojewódzki, to było pod koniec 2010 roku. Teraz większość czasu spędzam w Polsce, tutaj dużo się dzieje. Do Stanów wyjeżdżam na parę miesięcy w roku. Kiedy jestem w Warszawie spotkać mnie można w mojej siłowni. 

- Nie boisz się, że wciągnie Cię celebryckie życie?

- To jest szansa na rozwój. Moja siłownia była we wszystkich telewizjach, dzięki temu ludzie o niej wiedzą. Nie boję się, zawsze sam byłem sobie bossem, wiem co jest dla mnie ważne. Kulturystyki nigdy nie rzucę, bo ją lubię, ale konkurencja na zawodach jest ogromna. Wygrana daje prestiż, warto się pokazać, ale trzeba twardo stąpać po ziemi. Cieszę się, że ludzie mnie znają. Mogę teraz promować ten sport. Chcę być mentorem dla dzieciaków. Mam taki plan na przyszłość. Chciałbym w szkołach robić speaches o sporcie, o tym, jak osiągnąć sukces, jak ustawić się mentalnie. W Stanach to dość popularne. Przyjdzie na to czas.

- Ludzie chcą robić sobie z Tobą zdjęcia?

- A pewnie, że chcą (śmiech)

- Czy w życiu codziennym taka muskulatura nie przeszkadza?

- Nieee, jestem przyzwyczajony. W plecy sam się nie podrapię, ale mam tutaj w siłowni dużo słupów, mogę się poobcierać (śmiech). Ubrania szyję na miarę, albo kupuję w Stanach.

Joanna Kurda-Słodkowska

Autor Joanna Kurda-Słodkowska

Ćwiczy regularnie, tańczy, umysł trenuje pisząc artykuły.

Słowa kluczowe

Robert Burneika , Hardkorowy Koksu MMA , Popek

Artykuły powiązane